II Ogólnopolskie Zgrupowanie Jednostek Ratowniczych PCK, Świętoszów

2004.swietoszow.04-66e70

Jakie barwy miał Świętoszów między 30 kwietnia a 3 maja 2004? Może niebiesko-żółte, jak kolory na fladze Unii Europejskiej? Może czerwono-zielone, jak czerwone stroje ratowników medycznych mieszkających w zielonych namiotach? Może brązowo-szare, jak przyprószone kurzem ubrania ćwiczących na poligonach (i nie tylko tam)? A może, sięgając po inną paletę, barwami Świętoszowa była dobra zabawa i śpiewy? A zatem po kolei.

NIEBIESKO-ŻÓŁTY — organizatorzy, miejsce imprezy

Organizatorami II Ogólnopolskiego Zgrupowania Jednostek Ratowniczych PCK Świętoszów była Rrupa Ratownicza PCK z Żar. Głównymi zarządcami całego zgrupowania byli: Jogi (R) i Łysy (R). Miejscem ćwiczeń były tereny wojskowe jednostki w Świętoszowie. Sam obóz wraz z zapleczem sanitarnym (łącznie z prysznicami, ciepłą wodą) mieścił się w GICH-u. Tam właśnie w namiotach rozlokowani byli uczestnicy manewrów. Organizatorzy przygotowali nam 2 namioty z pełnym wyposażeniem: namiot właściwy, tropik, komplet śledzi, nawet podłoga była. A na tej podłodze my, na karimatach i w śpiworach. Wspominając o obozie nie można też pominąć górującej nad nim ambony , z której, nierzadko o dziwnych porach, przemawiał do nas Jogi, albo też puszczana była muzyka.

To był campus, natomiast terenem ćwiczeń było kilka okolicznych budynków, a szczególnie poradzieckie osiedle mieszczące się w środku poligonu Pstrąże. No i oczywiście rzeka Kwisa, wspaniały ciek wodny do spływów pontonowych.

Fakt przebywania na terenie wojskowym podkreślała też codzienna poranna zbiórka, oczywiście w dwuszeregu, jak również wizyta żandarmerii wojskowej.

Działaliśmy jeszcze w jednym miejscu, mianowicie na festynie zorganizowanym dla mieszkańców Świętoszowa w ramach świętowania wejścia Polski do Unii. W sobotę część ratowników (cztery osoby z GRM Wrocław oraz grupa z Gdańska) udała się, aby zaprezentować swoje umiejętności mieszkańcom miasta. Zaprezentowaliśmy dwuczęściowy pokaz. Pierwsze były ćwiczenia z psami ratowniczymi, które bezbłędnie odnajdywały pochowane dzieci. Druga część to prezentacja umiejętności ratowniczych podczas symulacji wypadku komunikacyjnego. Oczywiście po pokazach była też możliwość pogłaskania psów oraz zapoznania się ze sprzętem ratowniczym.

CZERWONO-ZIELONE czyli kto się tam zjechał

Na zgrupowanie przyjechała liczna reprezentacja grup ratowniczych PCK z Polski (GR PCK Zgorzelec, GR PCK Czechowice-Dziedzice, GRM PCK Gdańsk, GR PCK Kielce, GR PCK Sandomierz, GR PCK Warszawa, GRM PCK Wrocław) a także Jednostka Ratownictwa Specjalistycznego OSP Wrocław , oraz grupa psów poszukiwawczych z Gdańska. Obecni byli też członkowie Klubu Jaskiniowego „Bobry” z Żagania; wspierali oni organizatorów w ćwiczeniach wspinaczkowych.

Część ratowników znała się z zeszłorocznych manewrów, część z jeszcze innych działań, chociażby ze wspólnego zabezpieczania Przystanku Woodstock. Tym niemniej szybko razem poczuliśmy się dobrze. Było to o tyle ważne, że miło było przebywać w życzliwej atmosferze, ale też (co pewnie ważniejsze) łatwiej i lepiej podejmowało się wspólne zadania ratownicze podczas ćwiczeń na poligonie. Sporą rolę w integracji grupy odegrały wieczorne ogniska i nocne nasiadówy w środku obozowiska, jak również to, że nasze (sławne już po zeszłorocznych manewrach) tostery grzały się nie tylko dla nas.

BRĄZOWO-SZARE czyli co tam robiliśmy

Zgrupowanie w Świętoszkowie miało charakter ćwiczeń, stąd też nikogo nie dziwiło to, że grupy miały do wykonania zadania zlecone przez organizatorów. Od razu też pierwszego wieczoru, zaraz po naszym przyjeździe, nie zważając na to, że podróż obfitowała nam w przygody związane z awarią samochodu, zaproponowano nam zajęcia oswajające nas z technikami wspinaczkowymi. Była to ścianka wspinaczkowa zaaranżowana na ścianie budynku, oraz przejście po belkach dachowych kilkupiętrowej ruiny domu. W czasie tych ćwiczeń (i wszystkich innych związanych ze wspinaniem i zjazdami) zabezpieczali nas członkowie Speleoklubu Bobry. Po wchodzeniu trzeba było też zejść i kolejne co nas czekało to kret. Był to dość specyficzny tor, dokładniej: konstrukcja z ziemi, desek i cegieł, którą pokonać należało czołgając się. Wszystkim udało nam się przeżyć czołganie, a kontakt z ziemią, brudem i zwierzęcymi wnętrznościami (które stanowiły dodatkowe przeszkody i atrakcje tunelu) sprawił, że byliśmy gotowi do ćwiczeń. Nikt już nie bał się brudu i wiedział, że wiele jeszcze będzie się działo. Po tych wstępnych zajęciach udaliśmy się do campusu na krótki wykład na temat transportu ADR-ów (materiałów niebezpiecznych). Następnie przywitaliśmy się z pozostałymi Grupami, zajęliśmy nasze namioty i byliśmy gotowi na sen. Jednak w środku nocy z głośników popłynęła muzyka – głośna i jeszcze przez nas nielubiana (jeszcze, bo po kilkugodzinnym, a później parudniowym jej słuchaniu wszyscy uśmiechamy się na hasło „Ewelina Flinta” czy też „Jej czarne oczy”). Taka nocna pobudka była pewnie ćwiczeniem na naszą wytrzymałość – tak sobie to tłumaczymy.

Główną częścią ćwiczeń były akcje ratownicze. W sobotę i niedziele odbyły się więc dwie duże pozoracje zdarzeń masowych, które miały miejsce w blokach mieszkalnych. Terenem ćwiczeń było Pstrąże – poradzieckie miasteczko w środku poligonu. Nasze działania polegały na zabezpieczeniu miejsca zdarzenia. Po przyjeździe na miejsce należało zatroszczyć się o bezpieczne rozlokowanie wozów, wystawienie polowego punktu medycznego, umieszczenie tam sprzętu i zorganizowanie patroli. Następnie patrole przeszukiwały bloki mieszkalne (była to strefa zero wypadku) od piwnic po dach w poszukiwaniu poszkodowanych. Należało przy tym pamiętać o wszelkich możliwych środkach bezpieczeństwa, takich jak odpowiedni strój, czy mądre postępowanie (delikatne i czujne poruszanie się po kondygnacjach, wstępne obejrzenie pomieszczenia przed wejściem do niego, poruszanie się blisko ścian, nie działanie w pojedynkę itp.). Całością akcji ratunkowej dowodził koordynator, który kierował działaniami poszczególnych patroli i przydzielał tereny do penetracji. Odnalezionych poszkodowanych należało następnie, po wstępnym zaopatrzeniu, ewakuować z budynków do punktu medycznego. Ważne były też ćwiczenia związane z wstępną ocena i segregacją poszkodowanych (TRIAGE – system Start). Pozorantami byli w głównej mierze żołnierze jednostki świętoszowskiej, a urazy jakie dla nas przygotowali to między innymi: złamanie podstawy czaszki, urazy kręgosłupa, amputacje, odma, wytrzewienie, złamanie obu kości podudzia i jeszcze parę innych. Należy przy tym wspomnieć o niesamowitej charakteryzacji pozorantów (krew, organy zwierzęce) oraz o dekoracji pomieszczeń malowniczymi plamami krwi. Ćwiczenia w takiej formie miały miejsce w sobotę oraz w niedziele. Sobota była dniem spokojniejszym, poświęconym dopracowywaniu szczegółów i tłumaczeniu zasad kierujących poszczególnymi elementami akcji (jak np. łączność patroli z koordynatorem, transport poszkodowanych, funkcjonowanie szpitali), niedziela natomiast była prawdziwym sprawdzianem działania.

Elementem dodatkowym były zajęcia związane z technikami wysokościowymi. Bobry zapraszały nas na zjazdy linowe, jednego dnia z czwartego piętra bloku na ziemię, a następnego z dachu jednego bloku na piętro drugiego. Te ćwiczenia nie ominęły też psów ratowniczych z Gdańska. Wszyscy więc ćwiczyliśmy równo i każdy dawał z siebie co mógł.

Wieczory spędzaliśmy na wodzie, spływając pontonem z nurtem Kwisy. Wszystkie Grupy „zaliczyły” tę atrakcję już w piątek, tylko nasza pluskała się w sobotę i niedzielę. Spływ rzeką Kwisą odbywał się w wersji krótkiej i spokojnej (za pierwszym razem, w sobotni wieczór) oraz w wersji bardziej ambitnej, dłuższej (blisko 4 godziny w niedzielę) i wiążącej się z ciągłym zamaczaniem się, przenoszeniem pontonu, z omijaniem wystających elementów nieprzyjaznych pontonowi oraz głośnym śpiewem.

Program i przebieg ćwiczeń zgadzał się z informacjami, jakie przed zjazdem każda Grupa otrzymała od organizatorów, zatem i oni i my powinniśmy być tymi ćwiczeniami usatysfakcjonowani. Jedynym mankamentem może być pogoda wciąż świeciło słońce, a o ile mocniejsze były by ćwiczenia jakby ciągle lało. Jednak za dobrą pogodę nikt nie będzie winił organizatorów.

CAŁA TĘCZA czyli nie tylko ćwiczenia

Oczywiście poza zdobywaniem konkretnych umiejętności ratowniczych ważnym elementem było wspólne spędzanie czasu. Poranki na ogół spędzaliśmy przy naszych tosterach, obleganych nie tylko przez naszą Grupę. Pora obiadowa to wspólny kocioł zupy żołnierskiej. Natomiast kolacje były tak długie, że nie miały praktycznie końca, bo jak się już zaczynały to płynnie przechodziły w ogniska, tańce i śpiewy, i ostatecznie kończyły się przed śniadaniami. Ale i taki wspólnie przesiedziany czas był ważny, bo jak przyjdzie nam razem działać to dobrze będzie znać się nawzajem. Gdzie nam przyjdzie działać kolejnym razem nie wiemy, może już podczas tegorocznego Przystanku Woodstock. Pewnie tak, zatem do zobaczenia, miejmy nadzieję, najdalej za rok.

^