Katastrofa budowlana w Katowicach

2005.katowice.01-dee61
W sobotę 28. stycznia o godzinie 17.15 runął dach hali wystawowej, w której odbywała się wystawa gołębi pocztowych. Pod gruzami znalazło się kilkaset osób.
Decyzją katowickiego Centrum Powiadamiania Ratunkowego do akcji została zadysponowana nasza Grupa.

O godzinie 19.30 uruchomiona została procedura alarmowa Grupy. O godzinie 20.10 pod budynkiem Zarządu (siedziba Grupy) czekało 18 osób (lekarz, ratownicy medyczni, pielęgniarki, grotołaz, ratownicy PCK). Wyjechaliśmy czterema prywatnymi samochodami (karetek na miejscu było sporo, więc nie było sensu jechać ambulansem GRM – liczył się czas). Spakowaliśmy potrzebny sprzęt. Wiedzieliśmy, że na miejscu są już rozstawiane ogrzewane namioty, więc zapakowaliśmy wyposażenie podstawowe Punktu Stałego – było pewne, że do tego czasu, przy takiej ilości karetek, większość poszkodowanych będzie już ewakuowana, więc stawianie kompletnego ambulatorium polowego byłoby bezcelowe. Przyjęliśmy założenie, że nastawiamy się na działanie bezpośrednio na zawalisku. Wzięliśmy kombinezony z cordury, kaski, oświetlenie, apteczki plecakowe itp. Ok. 21.00 wyjechaliśmy.

Na miejscu katastrofy byliśmy o 23.30 – największy problem stanowiło dojechanie na miejsce już w Katowicach, bo nigdzie nie było policji, która mogłaby nas poprowadzić. Na miejscu były już Grupy Ratownicze PCK z Będzina, Bielska-Białej i Czechowic-Dziedzic, prowadzące punkt pierwszej pomocy.

Ponieważ nasi ratownicy byli przygotowani sprzętowo i przeszkoleni do pracy bezpośrednio w miejscu zawaliska, koordynator akcji zadysponował wejście GRM Wrocław na teren katastrofy. Byliśmy podzieleni na 3 sześcioosobowe patrole, pracujące pod kontrolą naszego koordynatora. Oprócz tego nasz Szef, lek. Marek Brodzki, był cały czas na zawalisku i był wzywany do każdego odnalezionego, aby stwierdzić jego stan (niestety po godzinie 22. nie udało się odnaleźć już nikogo żywego – szanse przeżycia poszkodowanych leżących kilka godzin w temperaturze -16°C z różnymi dodatkowymi urazami były naprawdę nikłe). Zadania były tak rozdzielone, że strażacy i ratownicy górniczy tnąc blachy i belki dostawali się pod dach (który leżał praktycznie na podłodze) i jeśli kogoś znaleźli, to wzywali ratowników z GRM. Wspólnie wydobywane ciała transportowano do punktów, gdzie dokonywano identyfikacji i ostatecznie stwierdzano zgon.

O godzinie 1.00 z terenu katastrofy zeszli wszyscy ratownicy i wpuszczono ekipy z psami. Po ok. godzinie z powrotem weszły ekipy przeszukujące – żandarmeria wojskowa i wojsko (którzy usuwali łopatami śnieg uniemożliwiający dotarcie do konstrukcji), ratownicy górniczy, straż pożarna i ratownicy GRM Wrocław. Dodatkowo, z uwagi na ilość znajdowanych (niestety) ciał, kilkoro członków naszej Grupy pracowało w następnym otworzonym punkcie zajmującym się potwierdzaniem zgonu oraz identyfikacją ciał.

Pracowaliśmy w ten sposób do godziny 7.30, kiedy to ratownicy zeszli z zawaliska i wpuszczono ponownie psy – tym razem przeszkolone do odnajdywania zwłok.

O godz. 7.30 GRM Wrocław dostała zmienników i zaczęliśmy się pakować.

Ok. 11.00 w niedzielę byliśmy we Wrocławiu.

Serdecznie dziękujemy Centrum Ratownictwa za użyczenie nam samochodów.

^